Ale nie o tym chciałam. Otóż w pewien poniedziałkowy ranek dreptałam sobie do pracy. Szaro jest ,bo na deszcz się zbiera. Idę sobie chodnikiem, szeroki, równy jak stół , w oddali coś widzę, myślę sobie chleb, ale gołębi nie ma, więc nie. Po chwili zagadka się rozwiązała. Były to skorupy talerzy, jak mniemam z niedzielnego obiadu. Jeden zachował się cały ,bo spadł na trawnik, a w nim pływała marchewka. Porozglądałam się wokół, jak nic leciały z okna bloku stojącego nieopodal i na pewno nie z parteru.
Doszłam do wniosku, iż nie mają racji ci co twierdzą, że nie ma latających talerzy, oraz jak idziesz chodnikiem, w którym dziur nie ma to patrz do góry ,bo nie wiadomo co ci może na głowę spaść.
W rankingu pod tytułem : "dlaczego obiad wylądował na chodniku" najwyżej była hipoteza ,że : obiad był za zimny. Czy dobra nie wiem....
Nie ukrywam, że jak żyję z taką sytuacją spotkałam się po raz pierwszy.
Opowieść druga : robótki ręczne zbliżają. Jadąc w pociągu dłubałam frywolitkę( czy tak można nazwać robienie frywolitki ?). Po skosie usiadła dziewczyna. Zaraz rozpoznała co robię. Okazało się ,że i ona zajmuje się rękodziełem. Jej specjalnością jest grawerowanie i robienie biżuterii. Z zupełnie nieznajomą osobą świetnie mi się rozmawiało. Było tak dużo tematów, a czasu tak niewiele, trochę szkoda. Ja musiałam wysiąść, ona jechała dalej. Jednak stwierdziłam, że nie bardzo potrafię równocześnie rozmawiać i robić frywolitę.





















